..
Light&fast, czyli porady magazynu GÓRY dla każdego

98 | 94897
 
 
2010-10-15
Odsłon: 493
 

Ostatni dzień wyprawy...

Teraz oczywiście jestem już w Polsce i walczę ze zmianą czasową. Nie wiem, jak to jest, ale zawsze jak wracam z zachodu na wschód to potrzebuję dużo czasu, żeby się przestawić i zacząć normalnie funkcjonować.

Ale wróćmy do naszego wyprawowego dzienniczka.

Wstałem o drugiej nad ranem w czwartek i z radością zauważyłem, że nie dość, iż nie pada, to jeszcze widać gwiazdy.
Szybko obudziłem Pawła, błysk ciupagi i byliśmy po śniadaniu. Przed trzecią Wawa zawiózł nas pod El Capa.
Plan był taki. Zaczynamy z Pawłem wspinać się na Zodiacu i poręczujemy za sobą prawie całą ścianę. Po trzech godzinach rusza za nami Wawa z Tadkiem oraz Jasiek i Andrzej. Plan szalony, ale mający jakiekolwiek szanse na realizację, jeśli pogoda okazałaby się ok. Liczyliśmy, iż po około 20-25 godzinach wspinaczki cała nasza szóstka znalazłaby się na szczycie.
Ponieważ cały sprzęt mieliśmy już pod ścianą (Paweł i Tadek zaporęczowali dzień wcześniej dwa pierwsze wyciągi Zodiaca), podejście na lekko zajęło nam niecałe pół godziny.
Podchodząc pod ścianę przy świetle czołówki ujrzałem nasze wory - coś było nie tak, ale jeszcze tego nie kojarzyłem. Po chwili dopiero do mnie dotarło, iż one były całe mokre!!!
Pierwsza myśl jaka przeszła mi przez głowę to, że to przecież niemożliwe – od kilku godzin nie pada. Sekundę później, w momencie, w którym uświadomiłem sobie, co się tutaj dzieje, ktoś wylał na mnie „wiadro wody”.
Rozwiązanie było proste, na prawo od Zodiaca w czasie ulew tworzy się wodospad. Gdy nie wieje, znajduje się on z 70-100 metrów na prawo, gdy zawieje – niczym wodny bicz omiata wszystko. To właśnie ten wodospad dał się tak we znaki poręczującym dzień wcześniej chłopakom.

Nie wiemy, co robić. Dzwonię do Wawy - nie odbiera. Tak samo milczy komórka Weroniki. Dzwonię do wszystkich Polaków, o których wiem, że są na Camp 4 – nikt nie odbiera. Nic dziwnego - jest 4 rano. W końcu dzwonię do Polski do Agnieszki – dyrektor fundacji „Poza Horyzonty”, żeby może zadzwoniła do Jaśka lub Andrzeja, których numerów telefonów nie znam...
Jak mi potem powiedziała, przeżyła szok – zobaczyła wyświetlony mój numer, obliczyła, która jest u nas i spodziewała się, iż o tej godzinie mogę jej tylko powiedzieć, iż wszyscy właśnie spadamy gdzieś w przepaść....;-) Aga przepraszam raz jeszcze za to!

W końcu dodzwoniłem się do Wawy. Zdałem relację z sytuacji. Doszliśmy do wniosku, że i tak muszę wejść i ściągnąć nasze liny i wtedy zdecydujemy. On za to kazał Jaśkowi i Andrzejowi, w których wpychał jeszcze przed chwilą jajko za jajkiem - trzeba mieć moc w ścianie;-) - wrócić do namiotu spać.

Gdy doszedłem do końca liny poręczowej, byłem cały mokry – nie od wodospadu, ale od tego, iż ubrałem się w komplet goretexowy. Generalnie było sucho. I gdy już miałem krzyczeć Pawłowi, iż działamy dalej, ktoś wylał na mnie drugie wiadro wody tego dnia – po prostu zawiało. Bardzo mi się podoba to określenie, więc je tutaj użyję, bo chyba pasuje – z gracją spłynąłem w dół do podstawy ściany...

Spakowaliśmy nasz cały dobytek – głównie liny – do trzech houlbagów. Gdy głośno rozmawialiśmy z Pawłem co teraz – czy Leaning Tower czy może coś na Washington Column (oba pomysły miały więcej przeciw niż za, a poza tym była już szósta rano naszego ostatniego dnia akcji) - nadszedł niezawodny Wawa: Mam pomysł, skoro już tu jesteśmy, to może East Buttress? 
 
Na te warunki, w jakich się znaleźliśmy, było to genialne rozwiązanie. Nie musieliśmy znów przenosić naszych „świń”. Droga jest co prawda skrajnie prawą drogą na El Capitanie, ale znajduje się na El Capitanie... A poza tym mimo iż chłopaki będą musieli wypałować praktycznie tyle samo co na Zodiacu, czyli 450 metrów, to teren ten jest łatwiejszy dla nas, więc my powinniśmy się znacznie szybciej wspinać.

Podeszliśmy zobaczyć pod start drogi, czy aby ta biegnąca na dole kominami i rysami linia nie jest za mokra. Okazało się, że jest git, więc ruszyliśmy na dół znosząc cały niepotrzebny sprzęt.
Notabene łaziliśmy wtedy kilkukrotnie, najpierw ja sam, potem z chłopakami w miejscu, gdzie kilkadziesiąt godzin później nastąpił jeden z największych obrywów na El Capitanie...
Więcej na ten temat tutaj:
http://goryonline.com/El_Capitan_2010_podsumowanie_wyprawy,9011,150,0,0,F,news.html

lub tutaj 

http://www.planetmountain.com/english/News/shownews1.lasso?l=2&keyid=37636  lub tutaj http://www.elcapreport.com/content/elcap-report-101110

Około 10.00 rozpoczęliśmy po raz kolejny tego dnia podejście pod El Capa, tym razem już z całą ekipą. Temperatura w samochodzie wskazywała 5 stopni Celcjusza...
Zaczęliśmy się wspinać około 11.30. Było naprawdę zimno. Śmiałem się, iż nigdy nie wierzyłem, iż w Yosemitach będą mi grabieć z zimna ręce. Podobnie jak nie wierzyłem, iż w tym miejscu może padać przez 9 dni z rzędu;-) Lub że mogą być obrywy skalne...

Wspinaliśmy się następująca metodą. Najpierw szedł Tadek z Pawłem i w miarę możliwości robili chłopakom zdjęcia. Potem wspinaliśmy się my – blokowo. Wawa prowadził pierwszą część drogi, ja drugą. Prowadzący ciągnął za sobą dwie 60-metrowe statyczne liny do podchodzenia dla chłopaków, swoje buty i dwulitrowego camelbaga, by po dotarciu do niego chłopaki mogły się napić, w sumie było to 12-15 kilo i dało się to w tej temperaturze odczuć...
Droga ma według Supertopo 13 wyciągów, z powodu długości naszych lin udało nam się połączyć wyciągi tylko dwa razy.
Linię robiliśmy wcześniej i wspominaliśmy jako raczej łatwą i przyjemną. Zaskoczyły nas więc momentami nie najlepiej asekurowane, bardzo śliskie, zwłaszcza na mokro, odcinki płytowe.
Dodatkowym utrudnieniem był brak stanowisk. Wszystko trzeba było praktycznie zakładać samemu. Schodziło nam na to trochę czasu, ale i tak uważam, iż tempo mieliśmy bardzo dobre – super sprawnie poruszali się Jasiek z Andrzejem.
Najbardziej osobiście obawiałem się przewodnikowego wyciągu dziewiątego. Jest to wyciąg tylko 5.9 –owy, ale prowadzi przez wyślizganą słabo asekurowalną płytę, z której w razie lotu wylatuje się w spore znajdujące się na prawo zacięcie.
Właśnie na nim zaczęło nam padać.. Nie pamiętam, kiedy ostatni raz prowadziłem jakiś wyciąg będąc tak bardzo skupionym. Dopiero na stanowisku z dwóch camów i starego haka doszło do mnie, jak się bałem....
Na szczęśćcie było to opad deszczu ze śniegiem, więc ściana nie była aż tak mokra. Niestety od tego miejsca zaczął się regularny opad deszczu.

Myślę, iż jeśli na drodze istniałaby jakaś przyzwoita linia zjazdów, to w tym momencie podjęlibyśmy decyzję o wycofie. A tak po rozmowie z Wawą zdecydowaliśmy się napierać do góry. Dwa wyciągi dalej udało nam się dogonić Tadka i Pawła i od tego momentu wspinaliśmy się praktycznie jednym dużym zespołem – priorytetem było jak najszybsze wyjście do góry.
Na szczęście przestało padać, a silny wiatr stosunkowo szybko osuszył skałę. Niestety ten wiatr jak i mgła sprawiły, iż zrobiło się nieźle zimno...
Na szczęście byliśmy już na szczycie.

A tam najmilsza niespodzianka z możliwych. Weronika w towarzystwie niesamowitych łodziaków czyli Pawła Grendy i Adama Radwańskiego wyszła nam naprzeciw!
Czekała na nas gorąca herbata i nieśmiertelny napój z Doliny czyli kilka puszek King Cobry, co więcej ekipa miała rozpoznaną drogę zejściową przez East Ledges.

Cóż dodać, zejście mokrymi płytami, na których musieliśmy się asekurować plus cztery zjazdy oraz powrót przez rumowisko skalne oraz niekończącą się ścieżkę w lesie zajęło nam kolejne 3,5 godziny.
Byliśmy padnięci, ale chyba szczęśliwi, choć chyba zbyt zmęczeni, by to szczęście ogarniać.

Strasznie miłe było powitanie nas na Camp 4 przez naszych rodaków. W tym roku to chyba rekordowa ilość – 17 osób znad Wisły w tym samym czasie.

Kończę, ale do tematu tego projektu jeszcze powrócę...
Dobranoc:)

http://www.facebook.com/pages/Fundacja-Jaska-Meli-Poza-Horyzonty/205086963884#!/pages/Fundacja-Jaska-Meli-Poza-Horyzonty/205086963884?v=wall
  
 
 
KOMENTARZE
 
Nick *:
 k
Twoja opinia *:
 
ZAPISZ
 


Archiwum wpisów
 

Pn

Wt

Sr

Czw

Pt

So

Nd