Wczoraj na chwilę powiało optymizmem. Zrobiło się ciut cieplej i mimo wiatru i przewalających się chmur nie padało.
Pełni energii – jednak słońce daje ogromnego kopa! - podeszliśmy od razu pod El Capa i zrobiliśmy szybki trening na pierwszych wyciągach Salathe Wall. Było zimno, ale poszło nam sprawnie. Generalnie muszę się przyznać, iż mimo iż widziałem to już na tym wyjeździe kilkukrotnie, to za każdym razem nie mogę oderwać wzroku i wyjść z podziwu jak widzę, gdy Andrzej podchodzi na linie i skacze na jednej nodze, a Jasiek pałuje z użyciem tylko jednej ręki.
Są moimi idolami.
Nie mogłem w nocy spać, w głowie układałem wszelkie warianty, wieczorem jeszcze ustaliśmy, że zmieniamy plany i idziemy na Zodiaca. Nie udało nam się przebukować biletów, zostały tylko 3 dni w Dolinie, w piątek wieczorem musimy zacząć jechać do San Frana, by zdążyć na samolot, który mamy w sobotę rano.
Pogoda na dziś miała być znośna. Rano wstałem bardzo wcześnie, było piekielnie zimno – bardzo się ucieszyłem, traktując to jako dobry znak.
Poszedłem do kafeterii, tam spotkałem Marka Ragana. Właśnie zapomniałem o tym napisać, iż wczoraj do naszej licznej ekipy tutaj Polaków dojechał.
To niezwykła postać, niezwykła jest też nasza przyjaźń. Bardzo go lubię, znamy się od 5 lat, często ze sobą rozmawiamy..., ale nigdy wcześniej się nie widzieliśmy;-)
To taka internetowo-telefoniczna znajomość.
Bardzo się cieszę, iż po raz pierwszy zobaczyliśmy się tutaj w tym magicznym dla nas obydwóch miejscu.
Marek zamierza tym razem samotnie pokonać Surgeon General. Ta A5 droga ma dopiero cztery przejścia – wszystkie solistów.
Zachęcam wszystkich do śledzenia poczynań Marka na jego stronach:
http://www.blog.reganclimbing.com/
http://www.goryonline.com/Blog,0,0,665,0,B,blog.html
http://www.reganclimbing.com/
Ale wracając do naszych poczynań...
Poszliśmy z Wawą ściągnąć nasze liny z Dolt Tower, w tym samym czasie Tadek z Pawłem poszli zaporęczować pierwsze cztery wyciągi Zodiaca.
Powiem szczerze, że dostaliśmy z Wawą w kość – wymałpowanie tych 350 metrów nie byłoby może nawet takie straszne, ale było cholernie zimno, zero słońca, silny wiatr, potem zjazdy i ściąganie naszych dziesięciu lin...
Nie pisałem o tym wcześniej, ale gdzieś tak w połowie tych zjazdów jedzie się przez stanowiska z Central Scrutinizera, tak naprawdę to prawie nikt o tym nie wie...
Jadąc tam podczas poręczowania, znalazłem się w tym miejscu pierwszy raz od czasu naszego przejścia, spojrzałem na nikłą rysę ginącą w płycie i oblał mnie zimny pot. Przypomniałem sobie, jak ja się wtedy strasznie bałem prowadząc ten wyciąg. Boże ja naprawdę strasznie się bałem! Uświadomiłem sobie, iż dzisiaj nie byłbym w stanie czegoś takiego poprowadzić, iż takie coś jest dla mnie za trudne. Uświadomiłem sobie też, z czego się bardzo tak naprawdę cieszę, jak dobre było to nasze przejście – jakby nie było pierwsze powtórzenie tej magicznej i tajemniczej drogi. Co ciekawe, mimo kilku prób dalej nikt tego poza nami nie powtórzył;-)
Jak ktoś nie jest znudzony moimi wypocinami, to zachęcam do zapoznania się z historią naszego przejścia
http://www.goryonline.com/gory,128,146,0,1,F,news.html
Przy okazji – Jacku Mój Hakowy Mistrzu! – dziękuję Ci za wszystko, czego mnie nauczyłeś.
Po ściągnięciu lin zapakowaliśmy je w dwie gigantyczne „świnie” i podeszliśmy pod Zodiaca. Chłopcy walczyli na drugim wyciągu. Podczepiliśmy im kolejną poręcz, zostawiliśmy wory i ruszyliśmy w dół, by zatankować jeszcze nasz samochód – od paru dni jeździliśmy na rezerwie, a stacja w Dolinie jest w odległości 16 mil.
Ledwo doszliśmy do auta jak lunęło... Potem gdy dojeżdżaliśmy do stacji na wysokości 1700 m n.p.m walił śnieg (wierzchołek El Capa to coś koło 2300).
Jak nam relacjonowali chłopcy, w ścianie nawet nie było tak źle, dopóki z góry nie zaczęły płynąć potoki wody, które zawiewał na nich wiatr – zjechali z drugiego wyciągu.
Chwilę po nich z siódmego wyciągu zjechał znany Słowak, Dodo Kopold, również całkowicie mokry...
Piszę to z Lodga, w kafeterii ciągle nie ma dla nas prądu, zresztą jest już zamknięta, bo jest po 21.00. Przed chwilą mieliśmy „wojenną naradę”. Ponieważ prognozy mówią, iż do 5.00 rano na 60% będzie padać, a potem do 17.00 na 30% (temperatura ma wynosić między 0 a 5 stopni) zmieniliśmy nasz początkowy plan o starcie o 2.00 w nocy i wspinaczce non stop. Wstajemy o 5.00 i decydujemy, co robimy dalej.
Ponoć piątek ma być lepszy, ale piątek to nasz ostatni dzień tutaj.
Pierwszy raz dziś pomyślałem o Leaning Tower – jest to tak przewieszona ściana, iż możemy ją chyba nawet w deszczu robić...
Ściskam bliski załamania;-)
http://www.facebook.com/pages/Fundacja-Jaska-Meli-Poza-Horyzonty/205086963884?v=wall&ref=ts#!/pages/Fundacja-Jaska-Meli-Poza-Horyzonty/205086963884?v=wall