..
Light&fast, czyli porady magazynu GÓRY dla każdego

98 | 94890
 
 
2011-02-22
Odsłon: 604
 

wszystko na opak - kolejne wspomnienia


Zdjęcie otwierające:
The Fang WI6 Vail Kolorado


Przeszukując się trafiłem przez przypadek na to

http://www.youtube.com/watch?v=ZbSpOEI3Ejg&feature=player_embedded

Bridalveil Falls. To jeden z najsłynniejszych lodospadów świata. Wyceniany na WI5-6 w zależności od wariantu, po raz pierwszy został pokonany w 1974 roku! przez zespół w składzie Jeff Lowe i Mike Weis. Do wspinania używali oni 70 cm prostych czekanów! I prototypów Snargów – wbijanych, nie wkręcanych śrub lodowych

Udało nam się z Kasią w towarzystwie świetnego kompana, a jeszcze lepszego wspinacza lodowego Standy  przejść tą drogę w 2008 roku

Więcej na temat naszego pobytu w Kolorado tutaj:

http://wspinanie.pl/serwis/200804/17ciesielski_ouray_vail.php

więcej zdjęć tutaj:

http://wspinanie.pl/galeria/main.php?g2_itemId=1884&g2_page=1

Poniżej natomiast tekst który był opublikowany w Górach, aktualnie nie ma go na stronach goryonline.com wiec zamieszcza go tutaj. Rzecz się tyczy naszego przejścia Talismana na ten czas była to pierwsza tego typu droga w moim „dorobku” Był to dla mnie super dzień i naprawde wieka przygoda.

miłego czytania

pozdrawiam

m.

 
Wszystko na opak. 

Nie mogę się połapać która jest godzina. Jest tak zimno, że mój zegarek zwariował i pokazuje iż dziś mamy 1 stycznia 2000 godzina 00. Kurcze czemu ja jestem taki zamroczony? Nagle pomału wszystko oganiam. Leże z Kasią na pace tracka, gdzieś w środku Kolorado do którego przyleciałam niecałe trzy dni temu. Ten uśmiechnięty olbrzym który wyrwał mnie z objęć Morfeusza to Standa. Jest sobota piąta rano, a my zaraz idziemy się wspinać na Talismana.

                                                            * * *

Standa to były mistrz Czech w biegach na osiemset metrów. Ciągle uśmiechnięty facet nie do zajechania. On się musi ruszać, żeby normalnie żyć. Jak nie wspinanie, to rower; jak nie rower to narty i zawsze wszystko na pełnych obrotach. Doskonale wspina się w lodzie wiec planując wizytę u niego liczę na sporą dawkę nauki. 

                                                            * * *

Zaczynamy gotowanie. Niestety z powodu zimna, (jest blisko minus dwadzieścia stopni, a to przecież końcówka marca) duża gazowa maszynka odmawia nam posłuszeństwa. Odpalamy benzynową. W końcu wschodzi słońce. Jest weekend i boimy się żeby żaden inny zespół nas nie uprzedził, a tu tracimy cenne minuty. W końcu wychodzimy. Standa zabiera rakiety śnieżne, mamy ich tylko dwie pary, ale osobiście wydają mi się one nie potrzebne. 

                                                            * * *

The Talisman to lodowo mikstowa droga która zastała wytyczona dość późno, bo pod koniec lat dziewięćdziesiątych. Ze swoją przewodnikową wyceną opiewającą na V WI6+M7 200 metrów należy do lokalnych trudniejszych klasyków, tych co to nie są ekstremalne, ale co to już chce się mieć w swoim kajeciku.

Ja też chciałem zrobić tą drogę – ale nie drugie dnia pobytu! Jednak Stadna był nieubłagany i nakręcony – co my tego nie zrobimy? Za tydzień to pójdziemy na coś trudniejszego... Nie było rozmowy, trza było napierać. 

                                                            * * *

Przetarta ścieżka doprowadziła nas naprzeciwko drogi. A raczej tego co z niej aktualnie zostało. Na zdjęciu w przewodniku i tak nie grzeszyła ona duża ilością lodu, jednak to co widzieliśmy w rzeczywistości wyglądało, przynajmniej dla mnie, przerażająco. Zacząłem kombinować jak tu się z gracją wycofać z całej kabały. Na ratunek przyszła mi Kasia, która od rana słabo się czuła i teraz tez wyglądając nie najlepiej ogłosiła iż musi chyba wracać do samochodu.

                No to przykro mi Standa, ale musimy wracać. Wiesz, tu wilki jakieś lub takie inne, albo lawiny na przykład napadną Kasie – ja ją koniecznie musze odprowadzić – ona nie może wracać sama!

               I gdy już z uśmiecham zawracałem do cywilizacji zdrada przyszła z najmniej oczekiwanej strony:

Nie no Maciek daj spokój przecież to blisko, wrócę tu za jakiś czas porobić Wam zdjęcia. Napierajcie sami..      

                Ta... Zatem klamka zapadła, zrobiłem krok w kierunku drogi i zapadłem się w śniegu po przysłowiowe.... Dobrze, że mamy te rakiety.

                 O tym jak komicznie wygląda ktoś kto pierwszy raz idzie w rakietach nie będę pisał. Tak samo o tym jak mega komicznie musi wyglądać, jak ten ledwo chodzący, z takim trochę lepiej to ogarniającym, próbują sforsować w miarę szeroki strumień na którego brzegach odłożyły się dwumetrowe poduchy śniegu. Kasia twierdzi, że czesko/polskie przekleństwa słyszała nawet na parkingu.

                 Potem nastąpiła tradycyjna podejściowa męczarnia, czyli stromo, daleko( a przynajmniej dalej niż to wyglądało) oraz w kopnym śniegu. I gdy byliśmy już jakieś sto metrów od postawy ściany, tuż po tym jak Standa powiedział, że właściwie nie musieliśmy tak wcześniej wstawać, bo nikogo tutaj nie ma, zobaczyliśmy ich. Było ich dwóch, na nartach, chyłkiem, skosem, w lesie byśmy ich nie zobaczyli zmierzali pod naszą! drogę. Ruszyliśmy pędem, niestety wygrali o jakieś, słownie 15-20 metrów                                     

* * *

                 Pierwszy wyciąg Talismanai biegnie przez stromą, cienką i trudno do asekuracji lodową kurtynę. W związku z tym, iż nie zawsze się ona tworzy, istnieje też alternatywny drytoolingowy start znajdujący się tuż na prawo.

                                                                             * * *

                 Atmosfera pod drogą jest grobowa. Standa zna członków amerykańskiego zespołu. W przeciągu ostatniego tygodnia obydwoje dzwonili do niego z propozycja wybrania się tą drogę, on im odmówił mówiąc z przyjeżdżają do niego goście i pojedzie z nimi na pustynie(taki był nasz początkowy plan).

                 Jesteśmy gotowi do wspinania na długo przed zwycięzcami podejścia, jednak Ci nie chcą nasz puścić przodem, co więcej wybierają jako startowy wariant skalny, twierdząc iż lodowa kurtyna jest nie do przejścia.

                   Więcej nie musieli Stadzie mówić – zmiana naszych początkowych panów i my oczywiście napieramy na wprost. Na stanowiskową półkę dochodzę w momencie w którym drugi z amerykańskiego zespołu dopiero odrywa się od ziemi.

                   To był piękny wyciąg testujący psyche prowadzącego – przez pierwsze 12-15 metrów praktycznie pionowa kurtynko/polewka lodowa nie była grubsza niż 3-4 cm. Zanim Standa wkręcił w końcu swoja pierwszą śrubę kilka razy o mało nie dostałem zawału widząc jak lód odpada spod niego wielkimi płatami odkrywając wygładzona przez wodę skałę.

* * *

                    Drugi wyciąg Talismana to trawers w lewo pod okapem z sopelka na sopel, którym dostajemy się na mała półeczkę. Stąd skalnym zacięciem dochodzimy do cieniutkiej kurtyny lodowej i nią wychodzimy na kolejną półkę stanowiskową.

* * *

                   Zanim Amerykanie rozpoczęli prowadzenie drugiego wyciągu byliśmy już przemarznięci na kość. Dobrze z ta półka stanowiskowa jest choć duża. Start jest czujny, prowadzący w ich zespole parę razy się cofa w końcu pożyczamy mu małego Aliena co by sobie tuż nad półką postawił i facet znika za rogiem. Przeklinam ich w duchu coraz mocniej – cały lód, którego i tak nie jest za dużo nam rozwalą. W pewnym momencie, musze się przyznać, uświadamiając sobie odmienność językową przeklinamy ich z Standą na glos- piękną kwiecistą polszczyzną. Zwłaszcza, że tempa nie mają powalającego. W końcu jakiś wrzask – tak to prowadzący się cieszy, gdyż doszedł do stanu.

                    Standa, ja spróbuje naprzeć na ten wyciąg

                    No pewnie, kto ma to zrobić jak nie Ty. Weź sobie tylko camy z plecaka.

                    Jakie camy?! Przecież Ty je masz! 

                    No nie ja mam  tylko cztery małe Alieny...     

                    Namaszczony przez Stande – Pokaż im jak się w Europie wspinają, z nie małym przerażeniem w oczach ruszam w trawers licząc że uda mi się asekurować tylko z śrubek wkręconych w sopelki.

                    Mam kolejny atak serca, gdy jeden z takich sopelków urywa się w momencie gdy staje na nim nogami i zawisam na samych rękach, na szczęście jakoś dochodzę do półeczki stąd tylko 10-12 metrów pionowego zacięcia do stanowiska – oczywiście skalnego i bez jakiekolwiek stałej asekuracji. Wpadam na genialną myśl – skoro mi im pożyczyliśmy Aliena na start to oni mi teraz na linie podadzą cama na koniec drogi. Niestety na moje wołania o pomoc pozostają głusi, co więcej zaczynają prowadzić kolejny wyciąg zasypując mnie odłamkami lodu. Na ich usprawiedliwienie napisze, że nie jestem pewien czy zamiast Hi Guys nie wołałem Hi gays – może się obrazili?

                   Z duszą na ramieniu dochodzę do stanu, przypominam sobie wrzask kiedy to ich prowadzący tu doszedł – czuje nieodpartą potrzebę też sobie wrzasnąć – niestety nie ma szans - tak mi zaschło w gardle -  po prostu dziś jest wszystko na opak. 

* * *

                   Trzeci wyciąg Talismana ponad sześćdziesiąt metrów wspinania w słabym, pionowym  lodzie wycenionym na WI6+. Następnie następuje już łatwy teren którym dochodzimy do znajdującego się na prawo drzewa zjazdowego. 

* * *

                   Jak ten Standa to przeszedł. Ledwo idę za nim. Przeklinam ciężki plecak w którym mamy drugą siedemdziesiątkę do zjazdów(nie mięliśmy podwójnej, a do zjazdów potrzebne są  dwie żyły).

                    W końcu jakaś półeczka, wychodzę na słońce. Jeszcze kilkanaście metrów i widzę uśmiechniętego Standę.

                   Potem jeszcze były pomylone zjazd w strasznym przewieszaniu i jakieś chore wahadła do kolejnego stanowiska, a następnie największa przyjemność dnia czyli mega długi dupozjazd zakończony o mało co kąpielą w rzecze o której całkowicie już zapomniałem.

                  Na ścieżce czekała na nas Kasia z "napojami regeneracyjnymi" wracając w słońcu do samochodu stwierdziłem, ze mimo wszystko to był bardzo udany dzień i jedna z moich najlepszych zimowych wspinaczek.

                                                            * * *

                    Rok wcześniej droga The Talisman doczekała się za sprawą Steva Housa przejścia bez asekuracji, odbyło się ono oczywiście w bardzo dobrych warunkach lodowych. Generalnie nie mam pytań.

 The Talisman

V WI5+ M6 200 metrów, Ouray, Kolorado, 22 marca Stanislav Standa Vrba i Maciek Ciesielski
 
 
KOMENTARZE
 
Nick *:
 k
Twoja opinia *:
 
ZAPISZ
 


Archiwum wpisów
 

Pn

Wt

Sr

Czw

Pt

So

Nd